18.09.2013

„Kiedy na dworze jest zimno, lubię się zwinąć pod kocem z grubą książką i kubkiem gorącej herbaty. Używam wtedy książki jako podkładki pod kubek i siedzę w Internecie, jednocześnie smsując z przyjaciółmi i skacząc po kanałach w telewizji. O czym mówiliśmy?”

Brzmi znajomo? Też zaczynacie czytać, a chwilę potem okazuje się, że znaleźliście się na facebooku, studiując wnikliwie profil osoby, której chyba nie znacie? Albo pamiętacie, że potrzebowaliście do czytania słownika/Wikipedii, a nagle orientujecie się, że właśnie kupiliście buty? Ok, już wracam do tekstu. Tylko jeszcze sprawdzę…

książka i kubek.jpg

Wszyscy jesteśmy uzależnieni od internetu. Tak, także Twoi stylizujący się na hipisów znajomi, którzy chwalą się przy każdej okazji, że nie mają konta na facebooku. Wynika to z prostego mechanizmu na poziomie fizjologii mózgu. Mózg nagradza nas za każdym razem, gdy przedstawiamy mu nową informację. Kojarzycie ten moment, kiedy czytacie książkę i nagle znajdujecie frapujący fragment, zdanie, które wyraża Wasze doświadczenie? Potraficie sobie przypomnieć uczucie, które temu towarzyszy? Nagły wzrost energii. Ożywienie. Entuzjazm. Radość. Nawet kiedy ekscytuje Was depresyjna fraza w stylu „Wszystko może nas spotkać w życiu, przede wszystkim zaś nic” (oczywiście - Michel), momentalnie dostajecie strzał energetyczny. Spróbujcie to kiedyś na sobie zaobserwować.

Poczta czy media społecznościowe, które cały czas strzelają w nas komunikatami: „Nowa wiadomość”, dają nam tyle radości, bo przy minimalnym wydatku energii oferują efekt nowej informacji. Ponieważ daje nam to radość, to korzystamy z tych serwisów coraz więcej. Nasz głód nowości się zwiększa. I się uzależniamy.

Kiedy odświeżasz kompulsywnie maila, a tam dalej nie chce pojawić się wiadomość, to jest Ci smutno nie dlatego, że czujesz samotność, ale również ze względu na fizjologiczny głód bodźców, do których przyzwyczailiśmy nasz mózg. W tej sytuacji nawet newsletter jest w stanie na krótką chwilę podnieść nastrój – dostajemy „Nową wiadomość”, którą mózg nagradza szotem endorfin.

No właśnie. Podczas lektury mamy takie momenty dużo rzadziej, niż podczas skakania po internecie czy po kanałach w telewizji. Jasne, w wypadku lektury, te momenty bywają dużo bardziej nagradzające i stymulujące, jakościowo lepsze. Ale w dalszym ciągu - to się nie opłaca, mówi mózg. 

Teraz zazwyczaj zaczyna się załamywanie rąk, rwanie włosów z głowy i gromkie okrzyki o pokoleniu zepsutym internetem. Jednak jeśli właśnie zaczynasz myśleć o rozbiciu namiotu na jakiejś nieskażonej wi-fi ziemi, to rozpakuj plecak.

Łatwo się rozpraszamy. Wytrzymać godzinę z książką bez żadnych przerw wydaje się niemożliwe.  Pierwsza rzecz to zewnętrzne bodźce, druga to fakt, że nasza zdolność do skupienia się na jednej czynności przez dłuższy czas systematycznie się zmniejsza. Przyzwyczajeni do szybkiego przerzucania się z jednej aktywności w drugą (piszę tekst – sprawdzam facebooka – odpowiadam na maila z pracy – o, ktoś do mnie napisał – jaki słodki kot – nie no, może coś jednak napiszę – gdzie jest ta książka - a, to pomaluję może paznokcie, jak tak oglądam - chyba zalałam czytnik - a nie, jednak w porządku), podekscytowani multitaskingiem (naukowcy dowiedli, że coś takiego nie istnieje), z trudnością wytrzymujemy długotrwałą, monotonną czynność.  Rzadko doczytujemy książki, ba! Nawet pojedyncze artykuły rzadko potrafią nas zmusić do przeczytania ich do końca.

Jeśli wierzyć Natalie Phillips (ja jej wierzę, bo poddała badaniu fMRI grupę doktorantów i kazała im czytać w środku maszyny – musi więc mieć jakieś twarde dowody na swoje tezy), odczucie „czytania zakłóconego” sięga … XVIII wieku. Już oświeceniowi pisarze narzekali, że czytają w stanie „totalnej kakofonii” i że w takim otoczeniu trudno im się skupić. Uskarżali się na ciągłe rozproszenie: a to przez listy, a to przez niezapowiedzianych gości, a to przez służącą, a to przez bilecik… A pamiętacie obrazy z „W poszukiwaniu straconego czasu”, kiedy mały Marcel ucieka z książką od krzątaniny codzienności, by zaszyć się w spokojnym miejscu do czytania?

Nie jest więc tak, że czytelniczy niepokój czy problemy z koncentracją towarzyszą nam od dziś i że to internet albo nowe technologie są temu winne. Nasz sposób czytania ciągle się zmienia: być może będziemy w przyszłości czytać jeszcze bardziej fragmentarycznie? Dziś potrafimy słuchać audiobooka prowadząc samochód albo czytać ebooka na tablecie podczas oglądania telewizji i uprawiania jogi, coraz bardziej oddalając się od stylu spokojnego, pełnego skupienia namysłu nad każdym słowem czytanego tekstu. Ta przemiana niekoniecznie musi być zła. 

Autor:
Komentarze
Czasem dobrze jest wrócić do świata dziecięcych lektur, by trochę się nasycić ich prostą,... czytaj wiecej
Ludzie płacą tysiące za spotkanie z nim. Nie za indywidualne konsultacje, ale za uczestnictwo w... czytaj wiecej
E-czytanie jest rewelacyjne. Jednak zawsze może pojawić się coś, co trochę zepsuje nam... czytaj wiecej
Czytanie to silna pasja: dlatego przytrafia się w przeróżnych miejscach i dziwnych sytuacjach.... czytaj wiecej
"Dzień na ziemi", prozatorski tom literaturoznawcy i filozofa Michała Pawła Markowskiego, zawiera... czytaj wiecej