09.09.2013

Jutro

To, co dzieje się w tej chwili zupełnie nie ma wpływu na wydarzenia, które rozegrają się jutro. Albo wczoraj. Wiele dni później Jerzyk próbował przypomnieć sobie, od czego się to wszystko zaczęło. Może właśnie od jego ucieczki. Biegł z piłką przytuloną do piersi. A za nim czterech niemal dorosłych chłopaków.

Piłka była jego. Tamci ją zabrali, gdy wracał z boiska do domu. Wysocy, dobrze zbudowani, z papierosami w ustach. Zastąpili mu drogę. Jeden mocnym uderzeniem wybił mu piłkę spod pachy. Na nieśmiałe prośby żaden nie zwrócił uwagi. Akurat teraz oni mieli ochotę pograć sobie na podwórku.

A Jerzyk właśnie bardzo się spieszył. Bo ojciec nie lubił, gdy spóźniał się na kolację. Godzina dwudziesta była jedną z dwóch najważniejszych godzin dnia. Tą drugą była czternasta – nieprzekraczalny termin powrotu z podwórka na obiad. Punktualnie.

Jerzyk nie znosił tej punktualności. Głównie dlatego, że rzadko kiedy ta czternasta lub dwudziesta wypadała w odpowiednim momencie. Niemal zawsze zaskakiwały go zbyt wcześnie i potem musiał biec na złamanie karku, żeby zdążyć, nim ogromny, drewniany zegar stojący na regale uderzy w gong. To był bardzo stary zegar. Tata mówił, że mechanizm pamięta jeszcze czasy sprzed drugiej wojny światowej. Jerzyk wiedział, że było to strasznie dawno. Tak dawno, że ludzie nie umieli jeszcze nawet kręcić kolorowych filmów. Jerzyk widział kiedyś taki film. Czołgi jechały bezdźwięcznie przez pustynię, jakoś tak dziwnie, sztucznie. W ogóle wszystko było takie nierzeczywiste, jak prymitywnie animowana gra komputerowa na popsutym monitorze. I to miała być ta druga wojna? Przecież w Polsce nie ma pustyni. Zapytał o to tatę i dowiedział się, że nieprawda, że jest w Polsce pustynia i nazywa się Błędowska.

W każdym razie mechanizm zegara był z tamtych czarno-białych czasów. Podobno pradziadek sam skonstruował nową obudowę, bo stara już się rozleciała. I teraz ten zegar stał w salonie na samym środku regału i bił regularnie co pół godziny. W dzień i w nocy. Zwykle jego bicie nie przeszkadzało Jerzykowi. Nawet nie wyobrażał sobie domu bez tego zegara. Ale były chwile, kiedy głęboki, wibrujący dźwięk mroził mu serce. Jak wtedy, gdy pędem wpadał na klatkę schodową i z góry słyszał stary mechanizm wybijający czternastą albo dwudziestą. Miał jeszcze do przebiegnięcia kilka pięter po schodach, ale żeby nawet natychmiast wpadł do mieszkania, już było po czasie. Już się spóźnił.

A tego ojciec nie lubił.

Kiedyś nawet Jerzyk postanowił sobie, że się nie spóźni. Zaplanował wszystko. Pilnował się, co chwila spoglądał na zegarek. Mimo protestów kumpli zszedł z bramki i powiedział, że on już musi iść. Paliły go uszy, gdy słyszał za sobą śmiech i mało przyjemne okrzyki o maminsynkach, ale nawet się nie obejrzał. Zresztą, nie miał po co. Doskonale znał wykrzywione twarze i wulgarne gesty.

Miał jeszcze dobry kwadrans do wyznaczonej godziny, gdy zadzwonił do drzwi mieszkania. Klucza nie nosił, bo mógł go zgubić. A to oznaczałoby wymianę wszystkich czterech zamków w drzwiach wejściowych. A nie były to zwykłe drzwi. To były stare, porządne drzwi, takie, jakie ludzie robili tylko przed wojną. Bo nie tylko mechanizm zegara był przedwojenny. Przedwojenne były także drzwi i cała kamienica, w której mieszkał Jerzyk wraz z rodzicami.

Wtedy drzwi otworzyła mama. Musiała przed chwilą spojrzeć na zegarek, bo na jej twarzy malował się niepokój.

- Znowu cię ktoś pobił? – właściwie nie pytała. I tak wiedziała lepiej. Właściwie to nawet wiedziała, kto go pobił. Bo na pewno ten Rysiek. Albo Marek. Tyle razy mówiła Jerzykowi, żeby się z nimi nie zadawał. To prawda. Mówiła. I zupełnie nie słuchała, kiedy próbował wytłumaczyć, że nic się nie stało. Po prostu chciał zdążyć. – Jutro pójdę do szkoły porozmawiać z waszym wychowawcą.

I poszła. I dopiero wtedy go pobili. A przecież mama mówiła mu, żeby z nimi nie zaczynał, że oni są silniejsi.

To prawda. Mówiła.

A teraz znowu chcieli go pobić. Zabrali mu piłkę, gdy wracał do domu i zaczęli kopać paląc papierosy. Gdy potoczyła im się pod krzaki, Jerzyk złapał ją i puścił się pędem do domu. Miał nad nimi kilkanaście metrów przewagi, a biegał całkiem nieźle. Była więc szansa, że ucieknie. Niewielka, ale była. Niewielka, bo to starsze chłopaki z drugiego podwórka. Jerzyk często słyszał przez otwarte okno w swoim pokoju, jak grali na gitarach albo puszczali muzykę z przenośnych odtwarzaczy na ławce pod drzewem. Sami ją tutaj przynieśli i urządzili sobie klub pod niebem. Przesiadywali tu do późnej nocy, krzyczeli, palili papierosy i pili tanie wino. A pewnie i wódkę. Mama mówiła, że biorą narkotyki. Może i tak, ale wokół ławki rano zawsze walały się plastikowe butelki i stosy niedopałków, a nie żadne narkotyki. Chociaż ksiądz na religii mówił, że alkohol i papierosy to też narkotyk. Więc pewnie to prawda.

Skręcił gwałtownie w prawo. Tutaj blok oddzielający podwórka miał przechodnią klatkę. Mało kto o niej pamiętał, bo jeszcze niedawno była tu służbówka stróża, pana Wiktora. Ale pan Wiktor odszedł na rentę i wyjechał na wieś. Jakiś czas służbówka stała pusta, potem chłopcy odkryli, że można przez nią przejść na drugie podwórko. Trzeba było tylko wiedzieć, która szybka w drzwiach się uchyla. Wkładało się przez nią rękę i odsuwało zatrzaskowy zamek. Drugie drzwi otwierały się identycznie.

Wpadł pędem na stopnie. Wprawnym ruchem wsunął dłoń przez szybkę i namacał zamek. To taka stara zasuwa. Trzeba nacisnąć na dole i równocześnie przesunąć sztabę. Przy odrobinie wprawy daje się to zrobić jedną ręką. Jerzyk miał wprawę, ale był zmęczony. Czuł, jak krople potu spływają mu do oczu. Zaszczypało. Ale i pomogło. Potrząsnął odruchowo głową i raptownie szarpnął zamek. Puściło. Jeszcze sekunda i oparł się całym ciałem o drzwi. Zasunął sztabkę i sięgnął ponownie, aby zacisnąć blokadę. Zwykle tego nie robił, bo wtedy trudniej otworzyć z zewnątrz. Już wyciągnął rękę, już dotykał zamka... Gdzieś daleko usłyszał tupot stóp. Zamarł. Dłoń zawisła tuż przy zamku. Rozejrzał się nerwowo. To już nie był strach przed starszymi chłopakami i nieuniknionym laniem.

Na wczoraj

Teraz bał się zupełnie czego innego. Bo nagle przypomniał sobie, że uciec się nie udało. Wiedział, że będą go bili mocno po twarzy, a kiedy upadnie - kopną go w plecy. Stanie się to w chwilę potem, jak otworzy drzwi na drugie podwórze. Potknie się o wystającą kratkę kanału ściekowego, przewróci wprost pod nogi nadbiegających wrogów. Siwy podniesie go łapiąc pod ramiona, a Rudy uderzy pierwszy. Potem już tylko będzie bolało. Aż tak, że się rozpłacze. Zostawią go płaczącego na trawniku pod małym drzewkiem, tak małym, że wygnie się, gdy się go złapie, aby wstać. Piłkę mu zabiorą, a on pójdzie do domu. Będzie spóźniony. Spóźniony i pobity. Ale nie to wszystko będzie najdziwniejsze.

Najdziwniejsze będzie to, że rodzice tego nie zauważą.

Jerzyk rozejrzał się po stróżówce. W ciemnym kącie, gdzie stała stara, rozpadająca się szafka na rupiecie, coś błysnęło. Jakby nagle zapaliły się dwa maleńkie ogniki. I natychmiast zgasły. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł chłopcu po ciele. Nie zdając sobie do końca sprawy z tego co robi, zablokował zamek w drugich drzwiach. Przez matowe szybki usłyszał tętent wielu stóp. Starsze chłopaki na pewno znały tajemnicę środkowej klatki. To tylko moment, kiedy się zorientują, gdzie zniknął Jerzyk i dopadną go. Coś trzeba zrobić. Nie chciał być znowu zbity...

Jakie „znowu”? Otrząsnął się. Myśli same biegły mu przez głowę tak szybko, że nie miał czasu się nad nimi zastanowić. A tym bardziej zrozumieć.

Na razie zrozumiał jedno. Skoro jego prześladowcy są po drugiej stronie budynku, ma szansę ich przechytrzyć i uciec z powrotem tymi samymi drzwiami, którymi tu wbiegł. I to już teraz.

Nie wahał się. Już był znowu na ulicy. W ostatniej chwili przypomniał sobie o piłce. I o zablokowaniu drzwi. Może to choć na chwilę zmyli chłopaków. On w tym czasie okrężną drogą dotrze do domu.

Podbiegł do pobliskiego kiosku i schował się za ustawionymi tu okiennicami z dykty. Wychylił się i ostrożnie rozejrzał po okolicy. Nie dostrzegł prześladowców. Wiedział, że i tak jest już spóźniony, więc przestał zwracać uwagę na upływający czas. Wolał przebiec przez jeszcze jedno podwórko. Na wszelki wypadek. Żeby okrążyć park, który był przed jego domem. Domem, który pamiętał czasy przedwojenne.

Biegiem pokonał ulicę i, już ukryty za drzewami, przestał się spieszyć. Podciągnął t-shirt i wytarł nim spoconą twarz, zostawiając ciemne smugi na kiedyś białym materiale. Koszulka i tak po meczu nadawała się tylko do prania. Jak zawsze.

Ale dzisiaj nie wszystko było jak zawsze. Jerzyk wciąż nie mógł zrozumieć, co stało się w stróżówce pana Wiktora. Skąd wiedział, co się stanie za drugimi drzwiami? Dlaczego wspomnienie czegoś, co się jeszcze nie wydarzyło, powstrzymało go przed wybiegnięciem na drugą stronę? Tamto przecież nie mogło się wydarzyć. A przecież pamiętał to doskonale. Nie jak sen. I wcale nie tak, jak wtedy, gdy wydawało mu się, że gdzieś już był. Tamto to tylko jakieś błyski, ułamki sekund, skojarzenia. Teraz pamiętał, bo coś się wydarzyło naprawdę. Już raz uciekał z piłką, już raz wbiegł do środkowej klatki, gdzie było tajemne przejście na drugie podwórko, już raz wracał do domu. Tylko, że wtedy wracał pobity. A rodzice tego nie zauważyli.

To wszystko kompletnie nie trzymało się kupy.

 

W najbliższy czwartek, przy wsparciu portali BiblioNETka, Duże Ka i Kulturownia, przedstawimy najnowszą powieść Jerzego Wlazło, autora m.in. Kota Syjonu.

 

Autor:
Komentarze
Czasem dobrze jest wrócić do świata dziecięcych lektur, by trochę się nasycić ich prostą,... czytaj wiecej
Ludzie płacą tysiące za spotkanie z nim. Nie za indywidualne konsultacje, ale za uczestnictwo w... czytaj wiecej
E-czytanie jest rewelacyjne. Jednak zawsze może pojawić się coś, co trochę zepsuje nam... czytaj wiecej
Czytanie to silna pasja: dlatego przytrafia się w przeróżnych miejscach i dziwnych sytuacjach.... czytaj wiecej
"Dzień na ziemi", prozatorski tom literaturoznawcy i filozofa Michała Pawła Markowskiego, zawiera... czytaj wiecej
Czy istnieje coś takiego jak czas? Czy wydarzenia muszą się układać w sekwencje? Czy wszystko zdarza się naprawdę tylko raz? A może to jedynie złudzenie, w które wszyscy chcemy wierzyć, by...
Cena : 8,00 zł